Dowiedz się odrazu w czym będziesz najlepszy zgodnie z Twoim naturalnym talentem, zamiast szukać przez kilka lat swojego miejsca.

Odbębniłaś siedem lat w korporacji. To dużo?

Kasia Jagiełło: To zależy od korpo. Zaczynałam w małej,  ośmioosobowej firmie, która z czasem zaczęła się bardzo rozrastać, przez co pogarszała się w niej atmosfera pracy. Miałam to szczęście, że zmieniałam firmy i stanowiska, więc nie siedziałam sfrustrowana w jednym miejscu, tylko starałam się rozwijać.

Czyli te siedem lat, to w twoim przypadku dużo czy mało?

Żyję szybko, więc dla mnie to był niezwykle długi okres. Byłam bardzo młoda, gdy trafiłam do Mordoru, miałam zaledwie 21 lat. Teraz wiem, że mogłam trochę szybciej osiągać swoje cele.

21 lat to dobry wiek, aby trafić do korporacji?

Lepiej wcześniej niż później, bo człowiek ma jeszcze więcej siły. Korpo to bardzo pouczająca szkoła życia dla młodego człowieka. Musi nauczyć się pracować w zespole, w środowisku biznesowym, z innymi firmami. W każdej korporacji są szkolenia, konferencje, wyjazdy zagraniczne. To są rzeczy, które zawodowo uspołeczniają. Korpo bierze na siebie odpowiedzialność za „ociosanie” nie do końca wykształconego młodego człowieka.

Ale przecież to czas życia studenckiego, które nie kończy się na pracy.

Ja dość szybko dorosłam i wybawiłam się w liceum. Studiowałam zaocznie i pracowałam w tygodniu. Byłam młoda, więc miałam też siły i ochotę, aby wyjść ze znajomymi na drinka. Mieszkałam z trzema współlokatorami, którzy studiowali dziennie. Mieli o wiele mniej energii niż ja, a przy tym dużo mniej pieniędzy. Myślę, że im więcej obowiązków, tym człowiek więcej wyciąga z życia.

Katarzyna JagiełłoCzyli nie masz poczucia, że korporacja zabrała Ci młodość?

Absolutnie nie. Uwielbiam się rozwijać.

Brzmi to wszystko wspaniale. Dlaczego zatem odeszłaś z tego cudownego miejsca, jakim była dla Ciebie korporacja?

To było kilka lat temu, więc teraz staram się już patrzeć na plusy. Ale przeszłam też swoje…

To znaczy?

Odejście z pierwszej korporacji było podyktowane stanem mojego zdrowia psychicznego. Zdiagnozowano u mnie nerwicę żołądkową. Dorobiłam się też nieprzyjemnej przypadłości – potliwości rąk i nóg, spowodowanej ciągłym zdenerwowaniem. Tym, że wszystko musi być gotowe „na już”. Byłam wówczas asystentką dyrektora zarządzającego i marketingu, więc dość intensywnie współpracowałam z zarządem. To nie były różowe czasy…

Wyzysk?

Nie do końca, bo przecież godziłam się na to. Ale po moim odejściu zatrudniono na moje miejsce trzy osoby. Ja wytrzymałam 2,5 roku. Może nie dlatego, że oni mnie wykorzystywali, tylko przez młody wiek dawałam sobie wejść na głowę.

To strasznie oklepane, ale byłaś klasycznym „trybikiem”. W kolejnej korporacji było już lepiej?

Człowiek niby uczy się na błędach, ale nie tym razem. Kilka lat później zaczęłam pracę w instytucji finansowej. Miałam tam większą swobodę działania, ale presja osiągania odpowiednich wyników spowodowała, że zachorowałam na depresję. Zarabiałam bardzo dobre pieniądze, zarządzałam fajnym zespołem, ale poziom stresu doprowadził do tego, że rozstałam się z firmą z wielkim hukiem.

Co się stało?

Było to cztery dni przez moim ślubem. Szef wziął mnie na rozmowę i powiedział, że nie podoba mu się jak zarządzam zespołem. Odpowiedziałam, że mi nie podoba się praca w tej firmie i że odchodzę. Był w kompletnym szoku i zapytał, czy jestem pewna swojej decyzji. Powiedziałam, że nie, ale że wiem, że już nie chcę dalej tu być. Był to efekt kumulacji wielu wydarzeń i emocji i nikomu nie polecam podejmowania decyzji w ten sposób. Myślałam co prawda o odejściu od kliku miesięcy, ale cały czas nie byłam pewna. To było moje ostateczne rozstanie z korpo.

No i jak Ci było po odejściu z Mordoru?

Zawsze marzyłam, by zająć się projektowaniem wnętrz, dlatego zapisałam się na roczne studium i zaprojektowałam swój dom. Poszłam w kierunku rozwoju osobistego, duchowego, artystycznego. Zaczęłam prowadzić warsztaty malowania intuicyjnego, przez co wszyscy znajomi myśleli, że zwariowałam. Mówili, że „Kasi zupełnie odbiło”, że mam problemy z głową. Bo kto normalny rzuca dobrze płatną pracę, w której się spełnia, aby robić coś takiego.

No nie ma to sensu [śmiech].

Nie ma [śmiech]. Większość moich znajomych tego nie zaakceptowała, a przyjaźnie się rozpadły, bo były oparte na zupełnie innym systemie wartości. Odejście z korpo miało bardzo daleko idące konsekwencje, ale musiałam wreszcie zająć się sobą. Miałam poczucie, że robię coś, co nie jest „moje”. Pieniądze są fajne, ale ile można robić zakupy [śmiech].

Czy po odejściu z Mordoru, korpo dalej w Tobie siedziało? Miałaś korporacyjne przyzwyczajenia?

Ciekawe, że o to pytasz… Korporacja była przez mnie tak znienawidzona, że rzuciłam wszystko, co było z nią związane. Całokształt zasad, które korpo we mnie wpoiło, pod względem finansów, sposobu ubierania – wszystko poszło w odstawkę. Nie potrafiłam jeszcze dostrzec pozytywnych stron korporacji – wszystko było złe i zostało wyrzucone do kosza.

Jaki to był czas?

Najpierw cudowny. Czysta frajda z życia. Wkrótce zorientowałam się, że nie mam pojęcia o prowadzeniu firmy, że jestem żółtodziobem. Miałam tylko zaplecze finansowe. Ale nikomu nie proponuję rzucania firmy bez wiedzy i umiejętności odnalezienia się na rynku. Są sposoby, by się do tego przygotować. Mnie życie z oszczędności doprowadziło do bankructwa.
 
Zaczął się „dół”.

Zaczęła się frustracja spowodowana brakiem efektów. Przez lata byłam doceniana, miałam wyniki. Nie potrzebowałam głaskania, ale sama wiedziałam, że robię dobrą robotę. Tu nie miałam nie tylko wyników, ale nawet roboty.

Zatęskniłaś za korporacją?

Długo mi zajęło zrozumienie, że miała pozytywne strony. Musiałam dojrzeć, by docenić korporację. Zatęskniłam, ale nie pojawiły się myśli o powrocie. Zamarzyłam o stworzeniu firmy, która będzie miała plusy korpo, ale która ominie jej pułapki. Miałam potrzebę wykazania się twórczo.

Udało się? 

Częściowo już tak, ale docelowo moja organizacja ma być duża. Wraz z innymi ludźmi chcę wypracować system wartości, który nie będzie nikogo ograniczał. Część biurokratyczna nie może zabierać przestrzeni do rozwoju jednostki. Jeśli pozwolimy człowiekowi czuć się dobrze, można stworzyć miejsce naprawdę przyjazne. Ekonomia ostatnich 40 lat się nie sprawdziła i dlatego ludzie odchodzą z Mordoru.

Czym się zajmuje twoja firma – Akcelerator?

Doradztwem dla przedsiębiorstw. Zaczęłam od pracy indywidualnej, nad talentem osób, które chcą rozwijać swoją przedsiębiorczość, a teraz pracuję również z całymi zespołami, firmami. Przełamujemy schematy, które ograniczają rozwój biznesu.

Przejeżdżasz czasem przez Mordor?

Pewnie, zdarza mi się.

Co czujesz?

Odczuwam pewną fascynację tym, że stworzył się tam świat, wewnątrz świata. Kiedyś odwiedziła mnie koleżanka z Kalifornii. Gdy jechała rano tramwajem i zobaczyła Mordor była przerażona. Nie wiedziała, co się dzieje, nie umiała się odnaleźć. Pytała, co chodzi, co tu się dzieje? Powiedziała, że to „kosmiczny świat”, który przypomina jej sceny z filmów o zombie. Ja mimo to czuję jakiś sentyment, bo dobrze się pracowało. Staram się pamiętać to, co dobre…

Wywiad ukazał się w pierwszym wydaniu magazynu „Głos Mordoru” .

Recent Posts

Leave a Comment